w niezmąconą ciszę
kamień rzucony
odbija się
od dna
oczu
solą
wargi
sznurując
(do)tkliw(i)e
zamyka powieki
Strach trzyma mnie za rękę, a moje drżenie nie ma ani chwili wytchnienia. Drżę. Drżę, kiedy wszystko na świecie wibruje w powietrzu, drżę, bo wiem, że na zewnątrz jest jeszcze życie, a ja nie potrafię go przeżyć. Czuję potrzebę przyjrzenia się życiu, które jest we mnie, ciemnemu życiu, czuję potrzebę, by żyć wewnątrz siebie, ponieważ poza mną nie istnieje nikt, kto może mi dać życie. Wyjść z siebie. Moje marzenie. Stanąć z boku i przez chwilę oddychać świeżym powietrzem. Teraz nie mam już śmierci w sercu, ponieważ moje serce zostało odarte do cna. Teraz śmierć rozchodzi się jak nowotwór, czuję jak się mrowi i osadza między stawami i mięśniami.
Uchylam powieki i zauważam Tamarę obok siebie. Nawet nie myślę o tym, co stało się w nocy. Zbyt wielki obrzydzenie do siebie czuję. Zastanawiam się jedynie jak z tego wybrnąć. Nie czuję nic do niej. Jest mi obojętna, jednak nie na tyle, by móc jej to powiedzieć. Nie lubię kobiet wyglądających zwyczajnie i będących zwyczajnymi. Zrobiłam coś, co jest niewybaczalne. Po raz kolejny. Co zrobię, gdy ona zaraz otworzy oczy? Powiem - "znikaj, przespałam się z tobą, bo miałam doła"?
~
Zeszłyśmy razem na śniadanie, a po drodze aż trzy razy próbowała łapać mnie za rękę. Nawet nie chciała widzieć tego, że się wyrywam podczas pocałunku, nie chciała czuć tego, że nie ma w nim czułości i życia. Zaplatam się w kokonie toksyczności. Co, jeżeli już się z niego nie wyplączę?
~
- Co będziesz jadła, Saruś? - pyta się mnie, gdy siedzimy już przy pełnym jedzenia stole.
Jestem wściekła, ale dziękuję temu z góry, że Marlena jeszcze nie zeszła i nie słyszy. Odwróciłaby się ode mnie, gdyby wiedziała, że jestem homoseksualna? A może wręcz przeciwnie? Na razie nie chcę się przekonywać.
- Chyba wezmę sobie mleko i płatki. - odpowiadam bez entuzjazmu, oczywiście Tamara tego nie zauważa i wciąż szczerzy się jakby była niespełna rozumu. Czy mogę psuć taki humor? Cieszy mnie jej radość, boli jej powód.
- Wiesz, że jestem strasznie szczęśliwa? Jak nigdy. - zagląda w moje oczy i dotyka ręki - Jak cię zobaczyłam wtedy, w tym autobusie, od razu wiedziałam, że jesteś inna. Bo jesteś. I dalej mnie fascynujesz. - splata moje palce z jej palcami - Za każdym razem gdy mnie odrzucałaś, jeszcze bardziej chciałam być z tobą, chociażby cię dotknąć opuszkiem palca. Bałam się. Ale wczoraj, w nocy już nie miałam siły. Minęły dopiero dwa dni, a ty już stałaś się dla mnie ważna. Czasem tego nie pojmuję, ale nie mogę nic zrobić. Przyniosłaś krzesło i uparcie siedzisz w mojej głowie, skubana. Teraz zdałam sobie sprawę, że dobrze zrobiłam przychodząc. Okazało się, że jesteś taka jak ja i też czujesz to samo. - miałam wrażenie jakby ten wywód trwał całe lata, a mnie zrobiły się już zmarszczki. - Nie odchodź, jest wspaniale. - nie wiem co mogłabym odpowiedzieć. Nie wycofałam też ręki. Jedyne co robię to po prostu się uśmiecham siłą woli, spuszczam wzrok i już chcę zabrać się za zjedzenie czegoś, gdy nagle słyszę hałas zasuwanego krzesła. Odwracam się. I dopiero teraz dociera do mnie, że Marlena stała za mną i prawdopodobnie większość słyszała.
Spogląda w moje oczy z zaskoczeniem i - miałam wrażenie - strachem. Nie usiadła tylko odeszła.
Czego się spodziewałam? Że gdy się dowie rzuci mi się w ramiona? Chyba jeszcze nie wyzbyłam się wszystkich swoich słabości. Nienawidzę nadziei.
- Coś się stało? - krótkowłosa zadaje to pytanie z udającym zatroskaniem. Słyszę jednak nutę podejrzenia, jakby zazdrości.
- Nie, skądże. Po prostu nie wiem co jej się stało.
- Kolejna nietolerancyjna, nie wiesz?
Nie chciałam, ale musiałam się z tym zgodzić.
~
Po śniadaniu z całą grupą byliśmy w galerii sztuki. Cały ten czas spędziłam ze "swoją dziewczyną". O dziwo nawet dobrze mi się z nią rozmawiało, ale jest strasznie przewidywalna w tym co mówi, wręcz pospolita i codzienna.
Teraz siedzę w ogrodzie, utożsamiam się z rzeką, jestem nią. Jestem rzeką. Słyszę siebie i czuję. Próbuję zwolnić. Powietrze pachnie inaczej niż zwykle. To nie to słońce, nie to niebo.
Całkowicie oddaję się rysowaniu. W tej sytuacji właśnie tego mi trzeba. Ostatnio trochę to zaniedbałam, a przecież to jest tak bardzo potrzebne.
- Ładny obraz. - lekko się wzdrygam, znów ten niezwykle melodyjny głos, pełen optymizmu. Nawet nie muszę się odwracać by wiedzieć, że właśnie rudowłosa stoi za mną.
- To nie tylko obraz malowany moją ręką. To część mnie. Zbiór emocji, przeżyć, doświadczeń. Każde pociągnięcie pędzla niosło za sobą ładunek protonów, neutronów i elektronów. W każdym milimetrze barw zawiera się muzyka mojej duszy. Moje dzieła nie są zwykłymi obrazami. Są mną. Ciemnością. Moim lustrzanym odbiciem.
Specjalnie nie poruszam "tamtego" tematu. To ona sama musi go podjąć.
- Nie jesteś ciemnością. Dla mnie jesteś światłością. - drżenie w głosie daje się poznać. Nie zupełnie wiem co mogłoby to znaczyć. Dlatego wolę nie odpowiadać. Gdy zauważa, że milczę i zajmuję się swoim rysunkiem, dodaje:
- Dlaczego zawsze jesteś taka zimna? - siada obok na ławce, nawet na mnie nie zerkając.
- Zamknęłam się w sobie, ukisiłam i skwaśniałam. Nauczyłam się jednego - nigdy nie przywiązuj się do ludzi, bo albo odejdą kopiąc cię w dupę, albo nie z własnej woli. Tak czy siak, zawsze pozostaje sam ból. Widzisz? - podciągam rękawy czarnej bluzy i pokazuję zabliźnione ręce. Widzę, że nie rozumie. - to wszystko przez ludzi. Nie znoszę ich, nie mogę z nimi żyć, w ich świecie, nie mogę należeć do tego społeczeństwa. - kompletnie się przed nią otwieram, teraz żałuję, że nie ugryzłam się w język.
- Pewnie myślisz teraz "po co ja jej to mówię, przecież i tak nie wie co znaczy prawdziwe życie, bo wiecznie tylko się uśmiecha". A nie jest tak. Nie zawsze ten, komu uśmiech maluje się na twarzy jest optymistą. To maska. Co prawda mam wspaniałych rodziców, którzy zawsze mnie wspierają, ale szczęście nie ogranicza się tylko do posiadania cudownej rodziny. Wiem z doświadczenia, że rany lepiej się goją, gdy się je otworzy, wyczyści z nagromadzonych wydzielin ropnych i zaszyje. Pomimo cierpienia. Tak jest lepiej. Dlatego pamiętaj, że jestem. Nie tylko jako ta, która ciągle za tobą łazi i się naprzykrza, ale także jako ta, która też wie coś na ten temat. Gdybyś chciała powiedzieć mi więcej o tych ludziach z twojego życia to chętnie posłucham. Sama wiesz gdzie mnie szukać. - chciała mnie dotknąć, ale się wzdrygnęłam na widok tego ruchu. Szybko się cofnęła, jakby ją to zabolało. Jednak nie zważałam na to, to jeszcze nie ten czas. Mówię tylko pierwsze od długiego czasu "dziękuję".
Otóż, w Nowym Roku, życzę, aby Wasze nastawienie do ogółu nie było takie jak u mojej głównej bohaterki. Łapcie chwile, bo wszystko traci sens, jak te ciuchy, które jeszcze wczoraj mieliśmy na sobie. Dostrzegajcie to, co dobre, bo czasem, żeby ujrzeć więcej, wystarczy tylko zamknąć oczy. Nie wolno Wam tracić nadziei. Nie możecie tracić wiary w miłość. Tam, gdzie nadzieja i wiara, tam jest i ona. Dlatego żyjcie każdego dnia, wstawajcie co rano i kładźcie się spać - z nadzieją o niej. Bo tylko to może Was uratować od całkowitej rezygnacji z życia. Pozaszywajcie wszystkie krwawiące rany z premedytacją zadane Wam przez życie. Zamknijcie te drzwi, które są niepotrzebne. Zacznijcie naprawdę realnie być, nawet ja się postaram.
Myślę, że można się domyślić do czego doszło.
~
tak dobrze w ciszy
gryzie się własne palce i udaje
że ból nie ma twarzy
w zębach przynosi się słabość
To nie to ciało, które znałam na pamięć. Nie ta istota.
Nie wiem co robię, nie wiem która godzina, nie wiem jaki jest sens, nie wiem jak się nazywam, nie wiem dlaczego nie przestałam, nie wiem dlaczego jej pozwoliłam, nie wiem dlaczego płaczę, nie wiem dlaczego oddycham, nie wiem kim jesteś, nie wiem dlaczego jest mi zimno, nie wiem dlaczego siedzę w toalecie oparta o ścianę, nie wiem dlaczego mam skostniałe dłonie, nie wiem dlaczego mam mokre policzki, nie wiem dlaczego myślę. To wszystko jest jednym, wielkim znakiem zapytania. I nie wiem dlaczego tak bardzo chcę znać odpowiedź, a jej nie znam.
Czuję jak tasiemiec wewnątrz mnie, porusza się, jak wije sobie gniazdo wśród moich lęków i staje się ich najwyższym władcą. Nadal bardzo boję się ciemności, potworów pod łóżkiem, krwi, która mogłaby wypłynąć z umywalek. Widzę oczy na ścianach, słyszę walenie dłoni o podłogę, wycie wilków gdzieś w dole, pośród wzgórz. Czerwone pomieszczenie nabiera nocą ciemnego koloru, staje się szkarłatne i mam wrażenie, że znajduję się w ogromnej studni krwii, że unoszę się na jej powierzchni. Także ból, który odczuwam czyni mi wyznania, jakich nigdy nie czynił. Ból jest rodzicem mojego życia, moich fantazji. Muszę czuć ból, by kochać, muszę umrzeć, by pogrążyć się w bólu.
Umarłam. Po raz czterysta pięćdziesiąty siódmy.
Potem nastają ciemności i biorą mnie pod rękę.
niebo wnika ze mnie oczami
ziemia wyczuwa ciało przez skórę
powietrze dusi się oddechem
samo poznanie
nie wymaga definicji
bo chcąc mnie usłyszeć
musisz stać się milczeniem
Chwyciła moją rękę, czułam jaka jest ciepła. Wyszła ze stołówki, ciągnąc mnie za sobą. Po chwili byłyśmy w ogrodzie. To aż dziwne, że dałam jej się wodzić, byłam w tym zbyt pokorna.
Spoglądam na nią wyczekującym, przeszywającym spojrzeniem, zachowując lodowaty wyraz twarzy. W głębi jednak czułam przerażenie, nie wiedziałam czego się spodziewać, nie wiedziałam czy stać mnie jeszcze na odpychanie jej. W końcu jednak pytam:
- Znasz się na mowie ciała? - błagałam swojego osobistego boga, by odpowiedziała "nie", wstrzymując oddech.
- Nie.
Odetchnęłam ciężko, uradowana. Jednak westchnienie to, było tak opracowane i przećwiczone, by na takie nie wyglądało.
- Ja.. nie wiem co się dzieje, to czysty absurd, nie wiem co powinnam myśleć. Ciągle mnie odrzucasz. Nie dajesz szans. A ja wszędzie czuję twój zapach. Wszędzie. - robi przerwę, czekając aż zareaguję. Jednak z mojej strony nie ma krzty odzewu. Zauważając to, kontynuuje - Co jest między nami? Co.. - nie dokończyła, bo teraz postanowiłam jej przerwać i dojść do głosu. Nie mam zamiaru tego słuchać.
- Między nami? Kpisz? Prócz tlenu, azotu, pary wodnej, yy.. neonu, helu i argonu, nie ma nic - kładę nacisk na ostatnie słowo. - Ciesz się powietrzem, którym razem oddychamy. - wyszło to ze mnie tak, jakbym odmieniała przez przypadki wyraz "krew".
- Pozwól, proszę. - kieruje na mnie subtelny wzrok, tym samym zmuszając mnie do ustąpienia. - Dlaczego jesteś taka? Chciałabym, naprawdę, żeby to powietrze, jak mówisz, było choć trochę mniej zanieczyszczone, przyjemniejsze. Wymagam zbyt wiele?
- A wiesz czego ja bym chciała? Chciałabym konia z trąbą, stringi z Patisonem, czekoladę bez kalorii, być sama i nie przyjaźnić się z tobą. Na pewno wyrażam się jasno? Rozumiesz mnie? Przecież to nie ja za tobą łażę i truję dupę. - denerwuję się, bo tak bardzo potrzebuję powiedzieć jej prawdę.
- Czego się boisz? - pyta, tak po prostu.
W jednej chwili w głowie pojawiły się setki myśli. Boję się tego, że będę zwykłym, szarym człowiekiem. Tego, że nie spotkam osoby, która uczyni moje życie wyjątkowym. Także tego, że nie będę w stanie dawać radości osobom, które kocham. Boję się życia. Ale najbardziej boję się tego, że nigdy nie zrozumiesz co chcę ci powiedzieć, bo jest to dla mnie za trudne.
- Boję się.. pająków. - odpowiadam i zostawiam ją samą. Zabrakło mi sił.
~
Kolejny wieczór ucieka mi przez palce. Gwiazdy, które jeszcze wczoraj wskazywały drogę, dziś znikły na niebie niemożliwości. Mrok pochłania prawdę. W ciemnościach zaczął czaić się los. Pech, którego obwiniam za każde złe wydarzenie. Jego nie podam do sądu. Nie stanę w roli oskarżyciela. Nikt nie wyda na niego wyroku. W zaułkach ulic nie znajdę uśmiechu. Przyszło mi żyć w epoce, w której na co dzień dostaję do wypicia koktajl fałszu i kłamstw. Owy napój miesza się z moją krwią. Zatruwa każdą komórkę wewnątrz ciała. Patrzę w lustro. Badam każdy milimetr mej twarzy. Tak jakbym mogła odczytać z niej jakie uczucia mną władają. Czy już zarażono mnie nieszczerością? Czy widzisz to w moich oczach?
Wyglądam przez okno, podążając za hałasem.
Marlena. I on. Razem, śmieją się. Rozumiem. Jest przystojny, zabawny. Zbyt dobry. Powoli zbliżają się do siebie.
Zasłużyłam. Nie patrzę.
Kładę się na łóżko. Gaszę wszystkie świecie, które psują mój mrok i napawam się ciemnością, i wybraną przeze mnie samotnością. Przypominam sobie dzień jej pogrzebu. Pamiętam wszystko doskonale. Mnóstwo ludzi, szkoda tylko, że obudzili się zbyt późno. Płacz, smutek, jakby nikt nie mógł uwierzyć, że mogła się targnąć na własne życie. Wtedy każdy mówił, że nie zapomni. Dziś niewielu cię wspomni. Tylko niektórzy wciąż nie mogą się z tym pogodzić. Widzę to w ich oczach, w swoich oczach. Tak smutnych, jak gdyby wyrwano im połowę serca. Tak strasznie boli mnie dusza. Dzień w dzień, noc w noc, ona płacze. Umiera z bólu. Codziennie. Trzydzieści razy w miesiący, trzysta sześćdziesiąt pięć w roku. By później znów narodzić się z wyschniętych łez. Czy nie powinnam już definitywne umrzeć? Kiedyś musi nadejść ostateczny koniec. To moja karma. Tym się żywię.
Ukołyszę moją duszę do snu. Pierwszy raz od bardzo długiego, koszmarnego czasu. Przed snem będą ją niepokoić tylko dawne blizny na ręce, przypominające o bólu, który teraz wydaje się być tak odległy, a nie jest. Wraz z nocą, mrok spróbuje wpełznąć do mojego serca. Nie wpuszczę go tam, nie dziś.
~
Ktoś puka do drzwi. Najpierw delikatnie powtarza stukot dwa razy. Następnie używa większej ilości siły, by nadać temu dźwiękowi donośniejszy ton. Po ciszy jaka atakuje niespodziewanego gościa, następuje milczenie.
Podnoszę się, zerkając na zegarek. 1:23? Fajna godzina na odwiedziny.
Otwieram. To, co widzę jest dla mnie sporym zaskoczeniem więc nie chcę wiedzieć jaką przybrałam w tej chwili minę. Widzę Tamarę ze łzami w oczach. Płacze. Pozkleja się pod moimi drzwiami. Mimowolnie poruszam ręką i daję jej znać, że może wejść. Chociaż jej nie lubię, nie zostawię, gdy może potrzebować pomocy.
Siada na skrawku mojego łóżka i zakrywa twarz dłońmi, łokcie opierając na kolanach. Stoję i patrzę na nią. Na tą pulchną dziewczynę, non stop obżerającą się ciasteczkami. Przywykłam już do widoku płaczących ludzi, częściej z mojego powodu, lecz nigdy nie uodpornię się na uczucia, które towarzyszą temu widowisku. Nie chcę, żeby płakała. Moje serce z lodu się rozpada, nie zostawiając ani jednek kry, znowu jest tętniącym krew mięśniem z uczuciami.
Podchodzę do niej i chwytam za ręce, odsłaniając tym samym zapłakaną twarz.
- Co się dzieje? - odzywam się z nieznaną łagodnością.
Widzę, że jest zaskoczona moim tonem, jednak milczy. Jej usta są zamknięte, jedynie oczy skierowane na mnie.
- Słucham. - powtarzam dalej z delikatnością - kładę swoje ręce na jej kolanach.
- Nie-niee mogę. Nie mogę ci powiedzieć. - mówi chwiejnym głosem, ścierając łzy. Spuszcza wzrok.
- Tamara.. - próbuję wymusić na niej otwarcie się.
Ponownie spogląda na mnie, dotykając moich dłoni na swoich kolanach.
- W takim razie dlaczego do mnie przyszłaś?
- Dlatego. - podnosi ręce ze swoich kolan i przenosi je na moje policzki, usilnie wpatrując się w zaskoczone oczy. - Przepraszam. - dodaje szeptem, po czym przyciska swoje wargi do moich ust.
Zamarłam. Bałam się oddychać.
~
Dialogi to nie moja specjalność. Wiem, że poległam.
Rozdział nie jest obszerny, ale mam już napisane kolejne dwa, które postaram się dodać jak najszybciej.
Przepraszam za wszelakie błędy.
ja
to ręce nogi i oczy bez barwy
bo ciągle odwracam wzrok
od światła
i nadzieja co podpełza do stóp
na ślepo
bo łatwiej być niewidocznym
pomiędzy wersami
którymi rzucam jak kamieniem
w siebie
ja
to usta bez śladu szminki
bo brak im wyrazu
byś nie mogła mnie odczytać
nocą czarną
i dni zgaszone przedostatnim świtem
Światło. Czy jest gdzieś tu światło? Jeśli tak, dlaczego
nie czuję jego ciepła? Dlaczego mrok mnie otula, jak dusząca kołdra? Krew,
wszędzie krew. Krew w mojej głowie, krew w moich oczach. W moich żyłach pustka.
Chcę zobaczyć czy jest we mnie jeszcze krew. Nie, pustka, kompletna pustka. Myśli
jak rwąca rzeka, drażnią nerwy, wyrywają resztki samodzielności z moich dłoni.
Płynę z prądem, jak wszyscy, pokornie. To nie jest mój dzień, nie moja chwila
by wychylać się spośród kropli płynących pędem ku pustce, nieprzewidywalnemu
końcowi. Uderzam o kamienie i brzegi, by odbić się i płynąć dalej, z prądem. To
nie jest mój moment, jestem zbyt rozdarta. Ocierając się o kolejny głaz na
drodze załamuję się, rozpadam, po czym łączę w nową całość, jednak nie
jednakową, inną niż poprzednio. To jest właśnie moja tymczasowa egzystencja.
Obojętność na świat, która zmienia mnie na zawsze, chociaż tak na prawdę nie
jest zauważalna. Jestem jak zastygły posąg z popiołu, ze zbitego popiołu,
którego nie da się skruszyć. Mój bezruch mnie przeraża chociaż powinien fascynować.
Jestem niczym umarła. Zimna. Bezduszna. Nieruchoma. Bez życia. Można na śmierć
zapomnieć o życiu. Ja zapomniałam. Cierpię na acedię. To brak troski o własny
byt i istnienie. To niezdolność bycia tu i teraz, zajmowania się tym co jest.
Taka jestem, jestem obojętna. Chcę być obojętna. Ale w stosunku do niej nie potrafię. Jest nazbyt
wyjątkowa i czarowna. Te rude, lokowane włosy, przenikliwe oczy i
uwodzicielskie, blade usta. Czy przy niej naprawdę mogłabym zapomnieć? Mogłabym
odżyć?
~
Idę,
wraz z bandą tych bezmózgowców, jednakowych niczym drzewa w lesie, który
właśnie mijamy. Trzymam się na końcu grupy, zawsze ceniłam sobie zakończenie,
niezależnie od znaczenia. Widzę jak idzie przede mną w czerwonej koszulce i
obcisłych, ciemnych jeansach. Jej loki podskakują pod wpływem wspinania się pod
górę, rozwiewane przez wiatr, błyszczą w słońcu i tworzą cudny, artystyczny
nieład. Każda dziewczyna mogłaby jej zazdrościć, każdy facet mógłby do niej
należeć, bez wahania.
Staram
się na nią nie patrzeć, odwracając wzrok i intensywnie zastanawiając się nad
czymś innym, nieistotnym, co jednak jest mało skuteczne, gdyż chcąc nie chcąc,
moje tęczówki i tak lądują na niej.
-
Marlena! – woła ktoś z przodu, to męski głos. Widzę chłopaka, który się
zatrzymuje i ewidentnie czeka aż reszta grupy przejdzie, by mógł dostać się
właśnie do niej, właśnie do rudowłosej, zaczynając swobodnie rozmowę. Jest
przystojny, bardzo przystojny. Brunet, dłuższe, proste włosy, owalna twarz z
lekkim zarostem, pełne usta, orli nos. Ubrany na czarno, tajemniczo, elegancko.
Podoba jej się? Widzę jej uśmiech, słyszę jej śmiech, czuję jej ciepło. Nie
potrafię zrozumieć swoich uczuć, nie potrafię opisać swoich myśli. Drżę. Jest
mi zimno. Jest mi ciepło. W tej chwili, choć nie widzę jej twarzy, wyobrażam
sobie ten uroczy rumieniec na słowa czarnowłosego. Zamiast tego, jednak
dostrzegam irytację w jej gestach, ruchach. Ma zaciśnięte pięści, ramiona
napięte, ręce z całej siły przywarte do tułowia, porusza się sztywno, jak
kukła, w końcu odpowiada mu:
-
Super. – słychać sarkazm. – A możesz wyjaśnić mi, jaki jest cel twoich
opowieści na temat modelu twojego auta i wyposażenia domu? Co mnie to obchodzi?
– podnosi wymownie jedną brew.
Nie
odpowiada, a jedynie patrzy na nią otępiałym wzrokiem z otwartymi ustami. Co on
sobie myślał? Że co? Że złapie ją na wypasione, sportowe auto? To nie ten typ
dziewczyny, choć i tak prędzej czy później mu ulegnie, wszystkie tylko ślinią
się na jego widok, ona w tej kwestii nie mogłaby być inna. Nie chcę przyznawać
się do myśli, że mogłabym w jakikolwiek sposób reagować na dalsze zaloty z jego
strony w stosunku do niej. Nie chcę przyznawać się do myśli, że ona jednak nie
jest mi obojętna.
Zostawia
go samego, przechodzi na przód.
~
Obiad.
Stołówka. Pełno bachorów. Jak ja niby miałam to znosić przez całe dziewięć dni?
Jestem przyzwyczajona do towarzystwa niżu intelektualnego, ale nie w takim
stopniu, nie w takich ilościach. Gdzie nie spojrzeć – tłumy rozgadanych,
pustych wewnętrznie nastolatków, podporządkowanych, pozbawionych własnego "ja",
pozbawionych świadomości, umysłu.
Obok
mnie siedzi "pulchna", która usilnie wgapia we mnie swój wzrok. Staram się nie
reagować, choć niesamowicie mnie to denerwuje, wnet doprowadza do szału. Nie
znoszę natręctwa. Nie znoszę spojrzeń skierowanych w moją stronę.
-
Tamara. – oznajmia, wyciągając ku mnie jasną, delikatną, nieproporcjonalnie
małą dłoń. Spoglądam na nią kpiącym wzrokiem, bo tak naprawdę tchórzę, nie wiem
jak postąpić, boję się kontaktu fizycznego. Wzdycham. Nie podaję jej ręki, a
jedynie mruczę pod nosem:
- Sara.
-
Miło mi. – odpowiada z entuzjazmem i się uśmiecha, najwidoczniej zaskoczona
tym, że w ogóle raczyłam się do niej odezwać. Ostatnie słowa postanowiłam
zignorować, puściłam je mimo uszu, lecz ona, zauważywszy, iż obecnie nie jestem
w tak paskudnym humorze, zapragnęła to wykorzystać.
-
I jak? Podoba Ci się w tym miejscu?
Nie
chce mi się odpowiadać. Nie chce mi się myśleć. Ale w sumie dlaczego miałabym
ciągle być opryskliwa? Dziś zrobię wyjątek, ona i tak nie ma dla mnie większego
znaczenia.
-
Nie jest złe.
-
Mnie się podoba, zwłaszcza ten styl, pensjonat przywodzący na myśl
średniowieczną budowlę, magiczne. Góry też są piękne, ogólnie kocham góry, a
ty? – wypowiada się zgrabnie z błyskiem w oku. Kieruje na mnie spojrzenie.
- Są ok. – nie wysilam się. Chyba powinna się cieszyć, że się w ogóle odzywam,
skoro już się na mnie uparła, wie przecież jaka jestem. Zauważyła, że
odpowiadam zdawkowo. Zauważyła, że chyba niezbyt darzę ją sympatią. Zauważyła
mój wyraz twarzy. Robi cierpką minę.
-
Co o mnie myślisz?
Ostatnią rzecz jaką powinna zrobić, to spytać się mnie co o niej myślę.
Nic nie myślę. Nie ma o czym myśleć. Jeśli cię nie lubię, to cię nie lubię, jeśli mnie mierzisz, to mnie mierzisz. To tak trudno zrozumieć? Chcesz wiedzieć co myślę? Myślę, że powinnaś mieć w dupie to, co ludzie o tobie sądzą. Myślę, ze jesteś abderytką, ignorantką, a także ślepcem. Myślę, że mówisz do mnie przez cały ten czas i nawet nie dostrzegłaś, że myślami jestem gdzie indziej. Myślę, że jesteś zbyt nachalna w stosunku do mnie, nawet nie poczułaś, że moje ciało jest bez wyrazu, a twarz znieruchomiała, niczym herbata w tym wielkim kubku.
Spogląda na mnie oczami zbitego psa. Czeka. Przełykam łyk herbaty i odpowiadam:
- Myślę, że jesteś w porządku.
Kończę
dziobać to, co mam na talerzu i bez słowa wstaję od stolika, zostawiając ją.
Nie daję jej czasu na odpowiedź. Biorę ze sobą brudne naczynia, podchodząc do okienka, gdzie trzeba było je
zostawić do umycia. Obracam się. Spoglądam prosto w jej twarz, w twarz Marleny,
zdecydowanie zbyt blisko mojej. Piękne usta, oczy, nos, piegi. Oddech
niebezpiecznie mi przyśpiesza. Nie wiem co się dzieje.
- Chciałabym z Tobą porozmawiać. – rzuca tonem nieznoszącym sprzeciwu, już nie
jest tak ciepła, sympatyczna, a zadziorna, wnet arogancka, ostra.
Jeszcze
przez krótką chwilę mogłam napawać się zapachem jej oddechu.