Motyle obsiadły mój otępiały mózg

Autor: Nyeri , wtorek, 21 lutego 2012 2/21/2012 04:40:00 PM

R. - ocaliłaś mnie przed upadkiem, ocaliłaś mnie przede mną, ocaliłaś mnie teraz, ocaliłaś mój świat przed runięciem. I budujesz. Stoję w drzwiach żniwiarza. Czy nie widzisz, że trzymasz klucz do wolności mojego umysłu?

~

kilka kartek wstecz
były dwa lądy
podzielone mostem przeszłości

chciałabyś napisać wiersz
będący moim cieniem
bez potrzeby światła

za dużo we mnie mroku

wałęsaj się pod drzwiami
pukaj
słyszę tylko ciszę

bez ciebie w roli głównej



Oto ja, taka jaka jestem, znużona, przegrana, ale jak chcesz to mnie weź, może coś ci z tego przyjdzie.
Nie wiem dlaczego znowu płaczę, nie wiem dlaczego wciąż pogrążam się w bólu. Liczę swoje łzy. Czy ktoś chciałby mnie uratować? Czy ktoś zdołałby pokonać zgliczsza zmęczonej duszy i być? Brzydzę się ślepych umysłów, podrapanych dusz, zatem brzydzę się siebie. Jestem nią, zamieniam się w nią. Tą, która była brudna, tą, która używała sfermentowanych, słodkich słów, przeterminowanych obietnic i kiczowatej plątaniny tej samej barwy słów, tą, która zostawiła mnie wtedy, kiedy najbardziej potrzebowałam. Zostawiła bez słowa, nie żałowała. Pomimo że tak bardzo jej nienawidzę, pomimo że zraniła tak bardzo, to ma władzę nade mną. Zamknęłam się wewnątrz, wśród swoich flaków, klucz zaszyłam w sercu, po czym owinęłam je szczelnie drutami. Też jesteś kupą wnętrzności, gorzką słodyczą, śmiałym onieśmieleniem, przyjemnym bólem. Nie umiałaś żyć. To choroba zakaźna, którą to właśnie mnie podarowałaś w prezencie. Nie wybaczę. Nie dręcz. Zgiń teraz, w sercu moim, które już sercem nie jest. Naprzód, marsz brzemię, ból, znużenie, gniew.
- Mamo, ile razy mam ci powtarzać, że czuję się dobrze? Nic się nie dzieje ani mnie, ani mojemu umysłowi. Ludzie są fajni - pewno dlatego, że większości z nich nie znam, dodaję w duchu - pokój, zajęcia, miejsce też. Nie martw się. - gdy do mnie zadzwoniła, poczułam się lepiej. Może właśnie tego teraz potrzebowałam? Bliskości, nie tej fizczynej, duchowej. Rozmowy, tego poczucia, że ktoś się o mnie martwi.
Słychać aż namacalnie ulgę w jej głosie. Wiem, że zadzwnoniłaby wcześniej, ale bała się. Nie chciałam tu przyjeżdżać i obawiała się mojej reakcji. Teraz mówiąc jednak, że nie jest źle, nie łgałam. Jest, bo mam przy sobie Marlenę. W chwilach słabości chcę, żeby to właśnie ona przebiła się przez moje murowane wnętrze, do nie-serca, klucza, by wydobyć mnie z siebie. By dać mi oddech, swoje płuca, nowe serce.
- Nie zamartwiam się, wiem, że zawsze dasz sobie radę - niemal widzę uśmiech na matczynej twarzy - cieszę się jednak, że to mówisz. A powiedz - robi chwilę przerwy na głębszy oddech - znalazłaś kogoś, z kim możesz porozmawiać? - ma ściszony ton, wyobrażam sobie, że w tej chwili nawija swoje krucze włosy z lekkimi oznakami siwienia na palec. Zawsze tak robi, gdy się czegoś obawia. Nie mam odpowiedzi na to pytanie, bo nie wiem jakiego kłamstwa mam się już trzymać. W czyjej brodzić krwi?
Momentalnie reaguje na ciszę i pytanie zastępuje słowami - Dobrze, nie będę cię już męczyć głupim, matkowym gadaniem.
- Nie, nie o to chodzi, po prostu nie mogę ci jeszcze odpowiedzieć na to pytanie, jestem tu dopiero trzy dni. Poznałam jedną dziewczynę, jest miła, także nie myśl sobie, że usycham w samotności. Jest dobrze, naprawdę.
- Kochanie, rozumiem. Trochę się zagalopowałam z tym pytaniem. - nie zadaje już żadnych innych, chociaż wiem, że zżera ją ciekawość. Jest jednak świadoma i zna mnie. Wie, że takie zapytania mnie męczą. - Zadzwonisz do nas później? Tata też pewno chciałby z tobą porozmawiać.
- Zadzwonię. Pozdrów go. - szybko się rozłączam i odkładam telefon na stolik nocny. Nie lubię porozumiewać się tą drogą, to takie błahe. Rozmowa bez patrzenia w oczy, emocji nie jest dużo warta.
Kolejny wieczór ucieka mi przez palce. Gwiazdy, które jeszcze wczoraj wskazywały drogę, dziś znikły na niebie niemożliwości. Mrok pochłania prawdę. W ciemnościach zaczął czaić się los. Pech, którego obwiniam za każde złe wydarzenie. Jednak jego nie podam do sądu. Nie stanę w roli oskarżyciela. Nikt nie wyda na niego wyroku. W zaułkach ulic nie znajdę uśmiechu. Przyszło mi żyć w epoce, w której co dzień dostaje do wypicia koktajl fałszu i kłamstw. Owy napój miesza się z moją krwią. Zatruwa każdą żywą komórkę wewnątrz ciała. Patrzę w lustro. Badam każdy milimetr mej twarzy. Tak jakbym mogła odczytać z niej, uczucia jakie mną władają. Czy już zarażono mnie nieszczerością? Czy widzisz to w moich oczach?
~

Poranek. Nienawidzę poranków. Przypominają, że trzeba znowu zacząć myśleć. I wstać. Obie te rzeczy przyprawiają mnie o mdłości. Po zastanowieniu, ta druga jest gorsza. Spoglądam w brudne okno wyprana z jakiejkolwiek nadziei, że dzisiaj będzie lepsze niż wczoraj. Świat za szybą jest taki sam jaki był. Jedyne co tu się zmienia to moja skromna, nic nie znacząca osoba. Mam pełną świadomość, że nie jestem tym kim byłam wczoraj, ani tym kim będę jutro. Jestem fuzją. Jakąś cholerną chimerą mnie z tych wszystkich dni. I to mnie przeraża. I denerwuje. Bo cała moja tożsamość się rozmazuje, traci na znaczeniu. Jestem jak pies. I jak pies codziennie jednak budzę się i żyję. Bez celu. Z prostymi pragnieniami, które nie zmieniały się wśród mojej rasy od stuleci. Jestem zwierzęciem ze świadomością bycia zwierzęciem. I tej świadomości też nienawidzę. Tak jakby ktoś dodatkowo chciał mnie uczynić nieszczęśliwym. Bo inna sprawa pływać w stawie, nie wiedząc, że w rzeczywistości jest to szambo pełne gówna. Wykonuję kilka schematycznych czynności, jak co rano. Myję się, ubieram, a potem wychodzę na zaplanowane zajęcia. Uświadamiam sobie, jak bardzo zmęczona jestem rutyną. Jeszcze parę lat temu, kiedy byłam młodsza, zawsze myślałam, że jestem kimś wyjątkowym. Że przyjdzie mi dokonać jakiś ważnych czynów, narzuconych przez przeznaczenie. Teraz została tylko pusta egzystencja dla samego faktu egzystencji.
- Pukałam do ciebie wieczorem. Nie mogłam spać, jakoś tak po tej naszej wspólnej nocy, boję się już spać sama. - nie są to zbyt miłe słowa, jak na rozpoczęcie dnia. Nie, gdy ona to mówi. Tak bardzo chciałabym powiedzieć jej, żeby dała mi spokój, że mnie to męczy, że nie czuję. Nie umiem. Ja nie zniknę, bo znam ten ból. Znam wiele rodzajów bólu, lecz ten jest najgorszy. Ból bezsilności i straty.
- Nawet ja muszę kiedyś spać, wiesz? - próbuję się uśmiechnąć. Wiem, że pukała. Zapalczywie, z uporem, nie chcąc odejść. Waliła, dudniła, bębniła. Jak zwięrzę, pożądliwe, zachłanne. Ona nie jest subletna ani eteryczna. Jest przeciwieństwem, przeciwieństwem Marleny. Tej, która ma delikatne rysy twarzy, naturalny kolor włosów, subtelne zachowanie, estetyczny, prosty charakter. Wczorajszy dzień, rozmowa, pomimo że pewnie nie zrozumiała mnie do końca, pomimo że być może wyszłam na głupią nagle się otwierając, podczas gdy wcześniej byłam chodzącym chłodem. Pomimo że dalej jestem pod presją, pogrążona w rozpaczy i agonii po jej śmierci, to chciałabym znów móc wymienić się z M. myślami, spojrzeć w te elektryzujące oczy, czuć zapach jej oddechu, słyszeć piosenkę włosów i trwać. Trwać, trwać, trwać.
- Haloooo? Słyszysz mnie? Tu Ziemia do mojej Sary! Odbiór! - drze mi się wprost do ucha, macha ręką przed oczami i idiotycznie wybałusza swoje ślepia.
Twoja? Twoja Sara? Kole mnie to słowo, uwiera, kaleczy.
- Nie jestem twoją własnością, Tamara, dlatego proszę - kładę nacisk na ostatnie słowo - nigdy więcej tak nie mów. - nawet na nią nie spoglądam, przeczesuję tylko dłonią włosy i ruszam za grupą wspinającą się na górę. Staram się też nie zwracać uwagi na rudowłosą i chłopaka, z którym idzie w jednej parze, intensywnie rozmawiając. Chcę czuć błogość. Czuję błogość, wiedząc, że lada chwila znajdę się na samym szczycie jednej z gór, na ogromnej polanie i utopię się w trawie. Będę oglądać chmury na niebie niemożliwości. Choć na kilka minut oderwę się od wrzeczącego, brudnego tłumu, tępoty.
- Myślałam, że jesteśmy razem - patrzy na mnie oczami zbitego psa i robi minę, jak gdyby w tej chwili rozgryzła i połknęła całą cytrynę. Sama nie umiem podnieść na nią wzroku. Domyśla się co chcę powiedzieć - Błagam cię, nie psuj tego, nie mów, nie znikaj i nie zostawiaj.
Przystaję. Blond wychowawca, o długich nogach i dość szczupłej sylwetce w czerwonej bluzce i niebieskich, krótkich spodenkach każe ruszać dalej. Pokazuję jej jednak, że wiążę sznurówkę. Tacy ludzie spełniają akurat każde moje kryterium okropności, przez nich jest mi ciężko funkcjonować. Zero kreatywności, uprzejmości, ciągle tylko burczą coś pod nosem. Między innymi przez siebie też, bo nie jestem inna.
Stanęła razem ze mną.
Toczę bitwę wewnątrz siebie. Kolejną. Dwie mnie, fałszywa i prawdziwa. W moim wypadku dobro przegrywa, dobro w postaci prawdy.
- Nie chciałam wcale powiedzieć tego, o czym prawdopodobnie myślałaś. - biorę ją za szorstką dłoń - Po prostu boję się takich słów, kiedyś się już przejechałam. Nie nadaję się zwyczajnie do związków, rozumiesz?
- Nie. - kontynuuje wejście pod górę - A wiesz dlaczego? Bo jestem romantyczką. - wyrywa swoją rękę - Sądziłam, że wreszcie spotkałam kogoś, z kim będzie mi dobrze, kto razem ze mną będzie chciał coś tworzyć, kto nie będzie baczył na ten idiotyczny wygląd. Bo co z tego, że jestem gruba? Jestem! I widzę to. A teraz.. - nie daję jej skończyć, wzburzona słowami.
- Przecież nawet cię nie znam! A ty nie znasz mnie. Obie nie mamy o sobie pojęcia. Ile czasu mamy ze sobą kontakt? Trzy dni? Nie wiem co robisz w wolnym czasie, co jesz, jaka jest twoja ulubiona herbata czy pora roku. Nie wiem nic, prócz tego, że umiesz się całować. Seks nazywasz romantyzmem? Nasza relacja do tego się ogranicza. - czuję, że jestem czerwona, że się pocę, że mój głos stał się zachrypły pod wpływem długiej i głośnej wypowiedzi. Wyrzuciłam jej wszystko, co klębiło się w mojej głowie od dwóch dni. Miałam już przemęczony umysł, sprowokowała mnie. Czuję ulgę, chociaż wiem, że ta sprawa się jeszcze nie skończyła. Wstyd mi. Nie zważam teraz jednak na to, czy się obrazi, czy ją zabolało, jaką zrobi minę i jak się poczuje. Teraz znaczenie ma tylko zielona łąka, dąb i cień.
Usadawiam się zmęczona po godzinnym marszu i ostatnią konwersacją. Chcę wreszcie skorzystać z tych wakacji. Chcę wreszcie opuścić siebie, dogrzebać się z powrotem do klucza. Chcę opuścić swoje myśli, nie posiadać ich, nie być częścią. Nie słyszeć. Chciałabym zobaczyć czym byłoby to ciało beze mnie. Bez ducha i wysokiej wrażliwości nerwów. Ale czy od przeszłości można uciec? Od bólu, który ma w niej swoje korzenie, którego nie da się wypluć jednym kaszlnięciem?
- Czasami niewygodne sytuacje, problemy lub trudności kryją w sobie możliwość rozwoju. Bardzo często w samym jądrze trudności połyskuje światło cennego klejnotu. Dlatego jest rzeczą mądrą przyjęcie tego, co niewygodne i trudne. Przyjmij ludzi, bo ja też jestem człowiekiem. - ciarki. Mam wrażenie, że nie przebiegły jednorazowo po plecach, lecz ciągle skaczą i chodzą po mnie jak pchły. Nie mogę już nad tym panować. Już dawno przyjęłam ciebie do siebie. Nie mogę się tylko do tego przyznać. Wiesz dlaczego? Boję się, że dzięki tobie o niej zapomnę, o mojej przeszłości. Muszę jej strzec. Bo pomimo że tak bardzo pragnę zapomnienia, pragnę też pamiętania.
- Nie szukam klejnotu - głos waha mi się jeszcze, wywołany drganiami ciała - nie chcę go. Klejnoty nie są klejnotami. To ciernie, które tworzą coraz to nowsze bransolety i korony, raniąc nie tylko ciało, a duszę.
- Czego szukasz więc?
- Węgla koksowego. Czegoś pospolitego, a jednocześnie tak pożądanego.
- Znalazłaś?
- Znalazłam coś wyżej i ponad, coś nade i poza. Znalazłam, ale zgubiłam. I rani. To był klejnot.
- Zapytałabym czy mi opowiesz, ale wiem, że byś tego nie zrobiła, więc to zbędne.
- Zapytaj. - chcę sprawdzić czy posiada nadzieję.
- Opowiesz mi? - nie zdaje egzaminu. Jest głupią córką matki nadziei.
- Nie.
- Dlaczego zatem kazałaś mi zapytać?
- Żebyś miała pewność, nadzieja jest zbędna. Złudna.
- Moje nadzieje nie zawsze się spełniają, ale zawsze mam nadzieję. Nie jest zbędna, w żadnym stopniu. - trzyma się uparcie swojego zdania.
- Jaka jest? - zaglądam w jej oczy.
- Nie matką głupich, na pewno. Przeciwnie. Nadzieja to matka tych, którzy nie boją się rzucać myśli w daleką przyszłość.
- Ty się nie boisz?
- Wiesz jaką mam nadzieję? Że wreszcie jednak zrozumiesz czym jest ona naprawdę. Wtedy zrozumiesz też mnie, całkowicie. - nie odpowiada na moje pytanie. Jedyne co robi, to nagle pochyla się nade mną.

~
Coś dłuższego wyszło. Wierzę, że jednak nie nudniejszego.

Jestem jak puchnące drożdże, ciało bez kształtu

Autor: Nyeri , piątek, 20 stycznia 2012 1/20/2012 08:35:00 PM

w niezmąconą ciszę
kamień rzucony
odbija się
od dna
oczu

solą
wargi
sznurując
(do)tkliw(i)e
zamyka powieki

Strach trzyma mnie za rękę, a moje drżenie nie ma ani chwili wytchnienia. Drżę. Drżę, kiedy wszystko na świecie wibruje w powietrzu, drżę, bo wiem, że na zewnątrz jest jeszcze życie, a ja nie potrafię go przeżyć. Czuję potrzebę przyjrzenia się życiu, które jest we mnie, ciemnemu życiu, czuję potrzebę, by żyć wewnątrz siebie, ponieważ poza mną nie istnieje nikt, kto może mi dać życie. Wyjść z siebie. Moje marzenie. Stanąć z boku i przez chwilę oddychać świeżym powietrzem. Teraz nie mam już śmierci w sercu, ponieważ moje serce zostało odarte do cna. Teraz śmierć rozchodzi się jak nowotwór, czuję jak się mrowi i osadza między stawami i mięśniami.
Uchylam powieki i zauważam Tamarę obok siebie. Nawet nie myślę o tym, co stało się w nocy. Zbyt wielki obrzydzenie do siebie czuję. Zastanawiam się jedynie jak z tego wybrnąć. Nie czuję nic do niej. Jest mi obojętna, jednak nie na tyle, by móc jej to powiedzieć. Nie lubię kobiet wyglądających zwyczajnie i będących zwyczajnymi. Zrobiłam coś, co jest niewybaczalne. Po raz kolejny. Co zrobię, gdy ona zaraz otworzy oczy? Powiem - "znikaj, przespałam się z tobą, bo miałam doła"?

~

Zeszłyśmy razem na śniadanie, a po drodze aż trzy razy próbowała łapać mnie za rękę. Nawet nie chciała widzieć tego, że się wyrywam podczas pocałunku, nie chciała czuć tego, że nie ma w nim czułości i życia. Zaplatam się w kokonie toksyczności. Co, jeżeli już się z niego nie wyplączę?

~

- Co będziesz jadła, Saruś? - pyta się mnie, gdy siedzimy już przy pełnym jedzenia stole.
Jestem wściekła, ale dziękuję temu z góry, że Marlena jeszcze nie zeszła i nie słyszy. Odwróciłaby się ode mnie, gdyby wiedziała, że jestem homoseksualna? A może wręcz przeciwnie? Na razie nie chcę się przekonywać.
- Chyba wezmę sobie mleko i płatki. - odpowiadam bez entuzjazmu, oczywiście Tamara tego nie zauważa i wciąż szczerzy się jakby była niespełna rozumu. Czy mogę psuć taki humor? Cieszy mnie jej radość, boli jej powód.
- Wiesz, że jestem strasznie szczęśliwa? Jak nigdy. - zagląda w moje oczy i dotyka ręki - Jak cię zobaczyłam wtedy, w tym autobusie, od razu wiedziałam, że jesteś inna. Bo jesteś. I dalej mnie fascynujesz. - splata moje palce z jej palcami - Za każdym razem gdy mnie odrzucałaś, jeszcze bardziej chciałam być z tobą, chociażby cię dotknąć opuszkiem palca. Bałam się. Ale wczoraj, w nocy już nie miałam siły. Minęły dopiero dwa dni, a ty już stałaś się dla mnie ważna. Czasem tego nie pojmuję, ale nie mogę nic zrobić. Przyniosłaś krzesło i uparcie siedzisz w mojej głowie, skubana. Teraz zdałam sobie sprawę, że dobrze zrobiłam przychodząc. Okazało się, że jesteś taka jak ja i też czujesz to samo. - miałam wrażenie jakby ten wywód trwał całe lata, a mnie zrobiły się już zmarszczki. - Nie odchodź, jest wspaniale. - nie wiem co mogłabym odpowiedzieć. Nie wycofałam też ręki. Jedyne co robię to po prostu się uśmiecham siłą woli, spuszczam wzrok i już chcę zabrać się za zjedzenie czegoś, gdy nagle słyszę hałas zasuwanego krzesła. Odwracam się. I dopiero teraz dociera do mnie, że Marlena stała za mną i prawdopodobnie większość słyszała.
Spogląda w moje oczy z zaskoczeniem i - miałam wrażenie - strachem. Nie usiadła tylko odeszła.
Czego się spodziewałam? Że gdy się dowie rzuci mi się w ramiona? Chyba jeszcze nie wyzbyłam się wszystkich swoich słabości. Nienawidzę nadziei.
- Coś się stało? - krótkowłosa zadaje to pytanie z udającym zatroskaniem. Słyszę jednak nutę podejrzenia, jakby zazdrości.
- Nie, skądże. Po prostu nie wiem co jej się stało.
- Kolejna nietolerancyjna, nie wiesz?
Nie chciałam, ale musiałam się z tym zgodzić.

~

Po śniadaniu z całą grupą byliśmy w galerii sztuki. Cały ten czas spędziłam ze "swoją dziewczyną". O dziwo nawet dobrze mi się z nią rozmawiało, ale jest strasznie przewidywalna w tym co mówi, wręcz pospolita i codzienna.
Teraz siedzę w ogrodzie, utożsamiam się z rzeką, jestem nią. Jestem rzeką. Słyszę siebie i czuję. Próbuję zwolnić. Powietrze pachnie inaczej niż zwykle. To nie to słońce, nie to niebo.
Całkowicie oddaję się rysowaniu. W tej sytuacji właśnie tego mi trzeba. Ostatnio trochę to zaniedbałam, a przecież to jest tak bardzo potrzebne.
- Ładny obraz. - lekko się wzdrygam, znów ten niezwykle melodyjny głos, pełen optymizmu. Nawet nie muszę się odwracać by wiedzieć, że właśnie rudowłosa stoi za mną.
- To nie tylko obraz malowany moją ręką. To część mnie. Zbiór emocji, przeżyć, doświadczeń. Każde pociągnięcie pędzla niosło za sobą ładunek protonów, neutronów i elektronów. W każdym milimetrze barw zawiera się muzyka mojej duszy. Moje dzieła nie są zwykłymi obrazami. Są mną. Ciemnością. Moim lustrzanym odbiciem.
Specjalnie nie poruszam "tamtego" tematu. To ona sama musi go podjąć.
- Nie jesteś ciemnością. Dla mnie jesteś światłością. - drżenie w głosie daje się poznać. Nie zupełnie wiem co mogłoby to znaczyć. Dlatego wolę nie odpowiadać. Gdy zauważa, że milczę i zajmuję się swoim rysunkiem, dodaje:
- Dlaczego zawsze jesteś taka zimna? - siada obok na ławce, nawet na mnie nie zerkając.
- Zamknęłam się w sobie, ukisiłam i skwaśniałam. Nauczyłam się jednego - nigdy nie przywiązuj się do ludzi, bo albo odejdą kopiąc cię w dupę, albo nie z własnej woli. Tak czy siak, zawsze pozostaje sam ból. Widzisz? - podciągam rękawy czarnej bluzy i pokazuję zabliźnione ręce. Widzę, że nie rozumie. - to wszystko przez ludzi. Nie znoszę ich, nie mogę z nimi żyć, w ich świecie, nie mogę należeć do tego społeczeństwa. - kompletnie się przed nią otwieram, teraz żałuję, że nie ugryzłam się w język.
- Pewnie myślisz teraz "po co ja jej to mówię, przecież i tak nie wie co znaczy prawdziwe życie, bo wiecznie tylko się uśmiecha". A nie jest tak. Nie zawsze ten, komu uśmiech maluje się na twarzy jest optymistą. To maska. Co prawda mam wspaniałych rodziców, którzy zawsze mnie wspierają, ale szczęście nie ogranicza się tylko do posiadania cudownej rodziny. Wiem z doświadczenia, że rany lepiej się goją, gdy się je otworzy, wyczyści z nagromadzonych wydzielin ropnych i zaszyje. Pomimo cierpienia. Tak jest lepiej. Dlatego pamiętaj, że jestem. Nie tylko jako ta, która ciągle za tobą łazi i się naprzykrza, ale także jako ta, która też wie coś na ten temat. Gdybyś chciała powiedzieć mi więcej o tych ludziach z twojego życia to chętnie posłucham. Sama wiesz gdzie mnie szukać. - chciała mnie dotknąć, ale się wzdrygnęłam na widok tego ruchu. Szybko się cofnęła, jakby ją to zabolało. Jednak nie zważałam na to, to jeszcze nie ten czas. Mówię tylko pierwsze od długiego czasu "dziękuję".

Amen

Autor: Nyeri , niedziela, 1 stycznia 2012 1/01/2012 02:36:00 AM

Otóż, w Nowym Roku, życzę, aby Wasze nastawienie do ogółu nie było takie jak u mojej głównej bohaterki. Łapcie chwile, bo wszystko traci sens, jak te ciuchy, które jeszcze wczoraj mieliśmy na sobie. Dostrzegajcie to, co dobre, bo czasem, żeby ujrzeć więcej, wystarczy tylko zamknąć oczy. Nie wolno Wam tracić nadziei. Nie możecie tracić wiary w miłość. Tam, gdzie nadzieja i wiara, tam jest i ona. Dlatego żyjcie każdego dnia, wstawajcie co rano i kładźcie się spać - z nadzieją o niej. Bo tylko to może Was uratować od całkowitej rezygnacji z życia. Pozaszywajcie wszystkie krwawiące rany z premedytacją zadane Wam przez życie. Zamknijcie te drzwi, które są niepotrzebne. Zacznijcie naprawdę realnie być, nawet ja się postaram.

Stoję pośród ryku

Autor: Nyeri , poniedziałek, 21 listopada 2011 11/21/2011 02:20:00 PM

Myślę, że można się domyślić do czego doszło.
~

tak dobrze w ciszy
gryzie się własne palce i udaje
że ból nie ma twarzy
w zębach przynosi się słabość

To nie to ciało, które znałam na pamięć. Nie ta istota.
Nie wiem co robię, nie wiem która godzina, nie wiem jaki jest sens, nie wiem jak się nazywam, nie wiem dlaczego nie przestałam, nie wiem dlaczego jej pozwoliłam, nie wiem dlaczego płaczę, nie wiem dlaczego oddycham, nie wiem kim jesteś, nie wiem dlaczego jest mi zimno, nie wiem dlaczego siedzę w toalecie oparta o ścianę, nie wiem dlaczego mam skostniałe dłonie, nie wiem dlaczego mam mokre policzki, nie wiem dlaczego myślę. To wszystko jest jednym, wielkim znakiem zapytania. I nie wiem dlaczego tak bardzo chcę znać odpowiedź, a jej nie znam.
Czuję jak tasiemiec wewnątrz mnie, porusza się, jak wije sobie gniazdo wśród moich lęków i staje się ich najwyższym władcą. Nadal bardzo boję się ciemności, potworów pod łóżkiem, krwi, która mogłaby wypłynąć z umywalek. Widzę oczy na ścianach, słyszę walenie dłoni o podłogę, wycie wilków gdzieś w dole, pośród wzgórz. Czerwone pomieszczenie nabiera nocą ciemnego koloru, staje się szkarłatne i mam wrażenie, że znajduję się w ogromnej studni krwii, że unoszę się na jej powierzchni. Także ból, który odczuwam czyni mi wyznania, jakich nigdy nie czynił. Ból jest rodzicem mojego życia, moich fantazji. Muszę czuć ból, by kochać, muszę umrzeć, by pogrążyć się w bólu.
Umarłam. Po raz czterysta pięćdziesiąty siódmy.
Potem nastają ciemności i biorą mnie pod rękę.

Moje żyły zechciały urosnąć

Autor: Nyeri , niedziela, 20 listopada 2011 11/20/2011 12:41:00 AM

niebo wnika ze mnie oczami
ziemia wyczuwa ciało przez skórę
powietrze dusi się oddechem

samo poznanie
nie wymaga definicji

bo chcąc mnie usłyszeć
musisz stać się milczeniem

Chwyciła moją rękę, czułam jaka jest ciepła. Wyszła ze stołówki, ciągnąc mnie za sobą. Po chwili byłyśmy w ogrodzie. To aż dziwne, że dałam jej się wodzić, byłam w tym zbyt pokorna.
Spoglądam na nią wyczekującym, przeszywającym spojrzeniem, zachowując lodowaty wyraz twarzy. W głębi jednak czułam przerażenie, nie wiedziałam czego się spodziewać, nie wiedziałam czy stać mnie jeszcze na odpychanie jej. W końcu jednak pytam:
- Znasz się na mowie ciała? - błagałam swojego osobistego boga, by odpowiedziała "nie", wstrzymując oddech.
- Nie.
Odetchnęłam ciężko, uradowana. Jednak westchnienie to, było tak opracowane i przećwiczone, by na takie nie wyglądało.
- Ja.. nie wiem co się dzieje, to czysty absurd, nie wiem co powinnam myśleć. Ciągle mnie odrzucasz. Nie dajesz szans. A ja wszędzie czuję twój zapach. Wszędzie. - robi przerwę, czekając aż zareaguję. Jednak z mojej strony nie ma krzty odzewu. Zauważając to, kontynuuje - Co jest między nami? Co.. - nie dokończyła, bo teraz postanowiłam jej przerwać i dojść do głosu. Nie mam zamiaru tego słuchać.
- Między nami? Kpisz? Prócz tlenu, azotu, pary wodnej, yy.. neonu, helu i argonu, nie ma nic - kładę nacisk na ostatnie słowo. - Ciesz się powietrzem, którym razem oddychamy. - wyszło to ze mnie tak, jakbym odmieniała przez przypadki wyraz "krew".
- Pozwól, proszę. - kieruje na mnie subtelny wzrok, tym samym zmuszając mnie do ustąpienia. - Dlaczego jesteś taka? Chciałabym, naprawdę, żeby to powietrze, jak mówisz, było choć trochę mniej zanieczyszczone, przyjemniejsze. Wymagam zbyt wiele?
- A wiesz czego ja bym chciała? Chciałabym konia z trąbą, stringi z Patisonem, czekoladę bez kalorii, być sama i nie przyjaźnić się z tobą. Na pewno wyrażam się jasno? Rozumiesz mnie? Przecież to nie ja za tobą łażę i truję dupę. - denerwuję się, bo tak bardzo potrzebuję powiedzieć jej prawdę.
- Czego się boisz? - pyta, tak po prostu.
W jednej chwili w głowie pojawiły się setki myśli. Boję się tego, że będę zwykłym, szarym człowiekiem. Tego, że nie spotkam osoby, która uczyni moje życie wyjątkowym. Także tego, że nie będę w stanie dawać radości osobom, które kocham. Boję się życia. Ale najbardziej boję się tego, że nigdy nie zrozumiesz co chcę ci powiedzieć, bo jest to dla mnie za trudne.
- Boję się.. pająków. - odpowiadam i zostawiam ją samą. Zabrakło mi sił.

~

Kolejny wieczór ucieka mi przez palce. Gwiazdy, które jeszcze wczoraj wskazywały drogę, dziś znikły na niebie niemożliwości. Mrok pochłania prawdę. W ciemnościach zaczął czaić się los. Pech, którego obwiniam za każde złe wydarzenie. Jego nie podam do sądu. Nie stanę w roli oskarżyciela. Nikt nie wyda na niego wyroku. W zaułkach ulic nie znajdę uśmiechu. Przyszło mi żyć w epoce, w której na co dzień dostaję do wypicia koktajl fałszu i kłamstw. Owy napój miesza się z moją krwią. Zatruwa każdą komórkę wewnątrz ciała. Patrzę w lustro. Badam każdy milimetr mej twarzy. Tak jakbym mogła odczytać z niej jakie uczucia mną władają. Czy już zarażono mnie nieszczerością? Czy widzisz to w moich oczach?
Wyglądam przez okno, podążając za hałasem.
Marlena. I on. Razem, śmieją się. Rozumiem. Jest przystojny, zabawny. Zbyt dobry. Powoli zbliżają się do siebie.
Zasłużyłam. Nie patrzę.
Kładę się na łóżko. Gaszę wszystkie świecie, które psują mój mrok i napawam się ciemnością, i wybraną przeze mnie samotnością. Przypominam sobie dzień jej pogrzebu. Pamiętam wszystko doskonale. Mnóstwo ludzi, szkoda tylko, że obudzili się zbyt późno. Płacz, smutek, jakby nikt nie mógł uwierzyć, że mogła się targnąć na własne życie. Wtedy każdy mówił, że nie zapomni. Dziś niewielu cię wspomni. Tylko niektórzy wciąż nie mogą się z tym pogodzić. Widzę to w ich oczach, w swoich oczach. Tak smutnych, jak gdyby wyrwano im połowę serca. Tak strasznie boli mnie dusza. Dzień w dzień, noc w noc, ona płacze. Umiera z bólu. Codziennie. Trzydzieści razy w miesiący, trzysta sześćdziesiąt pięć w roku. By później znów narodzić się z wyschniętych łez. Czy nie powinnam już definitywne umrzeć? Kiedyś musi nadejść ostateczny koniec. To moja karma. Tym się żywię.
Ukołyszę moją duszę do snu. Pierwszy raz od bardzo długiego, koszmarnego czasu. Przed snem będą ją niepokoić tylko dawne blizny na ręce, przypominające o bólu, który teraz wydaje się być tak odległy, a nie jest. Wraz z nocą, mrok spróbuje wpełznąć do mojego serca. Nie wpuszczę go tam, nie dziś.

~

Ktoś puka do drzwi. Najpierw delikatnie powtarza stukot dwa razy. Następnie używa większej ilości siły, by nadać temu dźwiękowi donośniejszy ton. Po ciszy jaka atakuje niespodziewanego gościa, następuje milczenie.
Podnoszę się, zerkając na zegarek. 1:23? Fajna godzina na odwiedziny.
Otwieram. To, co widzę jest dla mnie sporym zaskoczeniem więc nie chcę wiedzieć jaką przybrałam w tej chwili minę. Widzę Tamarę ze łzami w oczach. Płacze. Pozkleja się pod moimi drzwiami. Mimowolnie poruszam ręką i daję jej znać, że może wejść. Chociaż jej nie lubię, nie zostawię, gdy może potrzebować pomocy.
Siada na skrawku mojego łóżka i zakrywa twarz dłońmi, łokcie opierając na kolanach. Stoję i patrzę na nią. Na tą pulchną dziewczynę, non stop obżerającą się ciasteczkami. Przywykłam już do widoku płaczących ludzi, częściej z mojego powodu, lecz nigdy nie uodpornię się na uczucia, które towarzyszą temu widowisku. Nie chcę, żeby płakała. Moje serce z lodu się rozpada, nie zostawiając ani jednek kry, znowu jest tętniącym krew mięśniem z uczuciami.
Podchodzę do niej i chwytam za ręce, odsłaniając tym samym zapłakaną twarz.
- Co się dzieje? - odzywam się z nieznaną łagodnością.
Widzę, że jest zaskoczona moim tonem, jednak milczy. Jej usta są zamknięte, jedynie oczy skierowane na mnie.
- Słucham. - powtarzam dalej z delikatnością - kładę swoje ręce na jej kolanach.
- Nie-niee mogę. Nie mogę ci powiedzieć. - mówi chwiejnym głosem, ścierając łzy. Spuszcza wzrok.
- Tamara.. - próbuję wymusić na niej otwarcie się.
Ponownie spogląda na mnie, dotykając moich dłoni na swoich kolanach.
- W takim razie dlaczego do mnie przyszłaś?
- Dlatego. - podnosi ręce ze swoich kolan i przenosi je na moje policzki, usilnie wpatrując się w zaskoczone oczy. - Przepraszam. - dodaje szeptem, po czym przyciska swoje wargi do moich ust.
Zamarłam. Bałam się oddychać.
~

Dialogi to nie moja specjalność. Wiem, że poległam.
Rozdział nie jest obszerny, ale mam już napisane kolejne dwa, które postaram się dodać jak najszybciej.
Przepraszam za wszelakie błędy.